Fizycy mówią, że nic we wszechświecie nie porusza się szybciej niż światło.
Dzięki temu widzimy gwiazdy, słońce, świat. Bez światła nie ma życia, nie ma kierunku, nie ma sensu drogi.
Około 300 tysięcy kilometrów na sekundę – tyle potrzebuje promień światła, by przemknąć przez kosmiczną pustkę.
To niewyobrażalnie dużo.
Światło w jednej sekundzie mogłoby okrążyć Ziemię ponad siedem razy. Dzięki niemu widzimy gwiazdy oddalone
o miliony, a nawet miliardy lat świetlnych. Co ciekawe, patrząc w nocne niebo, widzimy przeszłość — światło, które dociera do nas dziś, wyruszyło w drogę bardzo dawno temu. Gwiazda, którą oglądamy, może już nawet nie istnieć,
a jej światło wciąż biegnie.
I właśnie w tym miejscu nauka niezwykle pięknie spotyka się z wiarą, bo jednak jest COŚ, co wyprzedza nawet światło.
Miłość Boga.
Zanim człowiek zdąży pomyśleć, zanim wypowie słowo modlitwy, zanim zrobi krok w Jego stronę — Bóg już jest. Już kocha. Już wychodzi naprzeciw. Już czeka z otwartymi ramionami.
Pismo Święte mówi: „W tym przejawia się miłość, że nie my umiłowaliśmy Boga, ale że On sam nas umiłował”.
To zdanie ma w sobie siłę większą niż wszystkie prawa fizyki.
Bo my często myślimy odwrotnie. Najpierw chcemy się poprawić, zasłużyć, uporządkować życie, „być lepszymi”, żeby dopiero potem przyjść do Boga.
A On już tam jest. Nie czeka na doskonałość. Nie mierzy prędkości naszego nawrócenia. Nie sprawdza, czy nadążamy.
Jego miłość zawsze nas wyprzedza. Jak światło, które dociera do ziemi, zanim zdążymy je zauważyć. Jak świt, który wstaje, zanim otworzymy oczy. Jak Ojciec, który biegnie ku synowi, zanim ten zdąży przeprosić.
I wtedy pojawia się pytanie, które warto zostawić w ciszy serca: Czy próbuję Go wyprzedzić? Czy próbuję być „gotowy”, zamiast po prostu pozwolić się kochać? Czy uciekam, bo wydaje mi się, że jeszcze nie zasługuję? A może niepotrzebnie biegnę, gdy On już stoi obok?
Bo miłość Boga nie jest nagrodą.
Jest początkiem.
I zawsze… zawsze jest pierwsza.
ws