TEOLOGIA CZUŁOŚCI

Maj — pozornie skromny, ale intuicja serca podpowiada, że właśnie w tej pozornej prostocie kryje się jego tajemnica.
Bo maj jest miesiącem Maryi nie dlatego, że jest ładny. Nie dlatego, że kwitną bzy, pachną ogrody i świat staje się łagodniejszy. To wszystko jest tylko znakiem czegoś głębszego…

Maj jest miesiącem Maryi, ponieważ stworzenie w tym czasie najpełniej przypomina, czym było w zamyśle Boga.

Świat nie został stworzony do chłodu, chaosu i obojętności, ale do życia, harmonii i zachwytu.

W maju ziemia jakby na chwilę odsłania pierwotny zamysł raju. Niebo jest wyższe, światło dłuższe, zieleń śmielsza,
a człowiek — nawet jeśli zmęczony — łatwiej oddycha (no chyba że jest alergikiem… ;) )

I właśnie Maryja jest najczystszą odpowiedzią stworzenia na Stwórcę.

Tam, gdzie Ewa powiedziała „nieufność”, Maryja wypowiedziała „niech mi się stanie”.

Tam, gdzie człowiek zamknął ogród, Ona otworzyła łono dla Boga.

Tam, gdzie grzech splątał historię, Jej zgoda pozwoliła, by Jezus go pokonał.

Dlatego Ojcowie Kościoła nazywali Ją nową Ewą. Nie jako poetycki tytuł, lecz jako prawdę o losach świata. W Maryi ludzkość po raz pierwszy od upadku odpowiada Bogu bez reszty.

Maj to rozumie.

Bo w maju przyroda nie walczy już o przetrwanie, a zaczyna rozdawać nadmiar. Kwitnienie jest zawsze czymś więcej niż koniecznością. Jest hojnością.

Tak samo Maryja - nie jest minimum potrzebnym do historii zbawienia. Jest Bożą hojnością wobec człowieka.

Bóg mógł przyjść do świata inaczej, a jednak zechciał przyjść przez serce Matki. Zechciał mieć ludzkie oczy, które najpierw zobaczą Jej twarz. Ludzkie dłonie, które najpierw dotkną Jej dłoni. Ludzkie słowo, które najpierw nauczy się brzmienia Jej głosu.

To jest teologia czułości wpisana we Wcielenie i dlatego majowe nabożeństwa mają w sobie tyle piękna. Prości ludzie wiedzieli nieraz więcej niż uczeni: że człowiek nie żyje samą definicją dogmatu. Potrzebuje także kontemplacji. Potrzebuje stanąć wieczorem przy kapliczce, kiedy światło gaśnie powoli, i powtarzać: Matko przedziwna, Matko dobrej rady, Przyczyno naszej radości...

Litania loretańska jest przecież nie tyle listą tytułów, ile szkołą patrzenia na Maryję przez wszystkie ludzkie potrzeby.

Gdy mówimy:
Uzdrowienie chorych — niesiemy Jej nasze rany.
Pocieszycielko strapionych — oddajemy Jej łzy, których nie rozumie nikt inny.
Bramo niebieska — wyznajemy, że życie nie kończy się na ziemi.
Gwiazdo zaranna — wierzymy, że po najciemniejszej nocy istnieje świt.

W maju Maryja staje w centrum naszej tęsknoty, ale nie zatrzymuje wzroku na sobie. Jak w Kanie mówi wciąż to samo: „Zróbcie wszystko, cokolwiek wam powie” (J 2, 5). To najpiękniejsza definicja Jej misji: Wskazywać na Chrystusa.


ws

do góry