Przyjacielu,
czasami przychodzisz tak cicho, że można by Cię nie zauważyć. Stajesz gdzieś na progu duszy jak światło o świcie - delikatne, a jednocześnie silniejsze niż noc. I kiedy człowiek choć odrobinę uchyli Ci drzwi, nagle odkrywa, że od dawna na Ciebie czekał…
Są takie chwile, kiedy trudno opowiedzieć, co dzieje się w sercu. Bo jak nazwać Pokój, który przychodzi wtedy, gdy po ludzku wszystko się rozpada? Jak wyjaśnić Obecność, której nie widać, a która staje się bardziej realna niż wszystko wokół? Jak opisać Miłość, przez którą człowiek zaczyna żyć inaczej?
Ty właśnie taki jesteś. Niepojęty i Bliski jednocześnie.
Przychodzisz i uczysz wolności. Takiej prawdziwej. Nie wolności robienia wszystkiego, ale wolności od lęku, od nieustannego udowadniania swojej wartości, od ciężaru cudzych opinii, od życia w ciągłym napięciu. Twój pokój zawsze pachnie wolnością. Bo kiedy jesteś blisko, dusza przestaje być więźniem świata. Przy Tobie serce odpoczywa. Przy Tobie nie trzeba niczego grać.
Doświadczenie Ciebie zostawia w sercu ślad, którego nic ziemskiego nie potrafi zagłuszyć i nie da się już być wobec Ciebie obojętnym. Bo kiedy raz pozwolisz sercu doświadczyć Boga naprawdę, wszystko inne przestaje smakować tak samo. Zaczyna rodzić się tęsknota. Cicha i piękna, choć czasem bolesna. Tęsknota za Bogiem. Za Spotkaniem twarzą w Twarz. Za Domem, którego serce nigdy wcześniej tak naprawdę nie znało, a jednak od zawsze za nim tęskniło.
I wtedy rozumiem, że to jesteś Ty.
Dajesz nowe serce. Czyste. Prawdziwe. Takie, które nie udaje przed Tobą niczego. Które umie płakać. Umie przepraszać. Umie wracać. Umie tęsknić. Które nie chce żyć na pokaz. Które bardziej pragnie Boga niż dobrego wizerunku siebie. Bo Ty jesteś Prawdą. Ty prowadzisz do Światła, które najpierw pokazuje prawdę o mnie samej. Czasem bolesną. Czasem zawstydzającą. Ale zawsze po to, żeby uleczyć, a nie upokorzyć.
I dziękuję Ci za wszystkie chwile, kiedy nie pozwoliłeś mojemu sercu skamienieć. Za Eucharystię, dzięki której mam wszystko. Za modlitwy wypowiedziane szeptem, kiedy brakowało już sił. Za to, że uczysz wytrwałości wtedy, gdy wszystko chciałoby uciec. Za każdą sytuację, w której dobro okazało się silniejsze niż zranienie.
Nie odchodź nigdy.
Nawet wtedy, gdy będę słaba.
Nawet wtedy, gdy moje serce będzie zmęczone walką.
Nawet wtedy, gdy wszystko we mnie będzie gasło.
Rozpalaj we mnie Twoje życie.
Nie emocję jednego wieczoru.
Nie chwilowy zachwyt.
Ale płomień, który będzie trwał także wtedy, gdy przyjdzie codzienność.
Duchu Święty…
Mój Pocieszycielu,
Najczulszy Przyjacielu duszy,
Nie pozwól mi nigdy doświadczać życia bez Ciebie.
ws