Przychodzą w życiu takie momenty, kiedy zaczynamy wątpić w sens tego, co robimy. Kiedy pytania stają się głośniejsze niż odpowiedzi. Gdy nadzieja na poprawę sytuacji powoli gaśnie, a piętrzące się przeszkody zdają się mówić jedno: odpuść, wycofaj się, zostaw to wszystko za sobą.
Znam ten stan. To chwile, w których człowiek jest zmęczony nie tylko fizycznie, ale przede wszystkim wewnętrznie.
Gdy każdy kolejny krok kosztuje zbyt wiele, a serce traci przekonanie, że to, co robię, ma jeszcze sens. Wtedy bardzo łatwo się zamknąć, zrezygnować, przestać walczyć.
I właśnie wtedy odkrywam, że modlitwa staje się siłą. Nie zawsze piękną, ułożoną, pełną słów. Czasem jest tylko westchnieniem, łzą, ciszą. Ale to ona pozwala przetrwać. To ona rozpala nadzieję na nowo - nie nagle, nie spektakularnie, ale cicho, od środka.
Modlitwa nie zawsze zmienia sytuację od razu. Często zmienia mnie. Daje oddech, uspokaja serce, pomaga zobaczyć,
że nie jestem sama. I bardzo często właśnie w tym stanie - gdy jestem najsłabsza, najbardziej zniechęcona - Bóg przysyła drugiego człowieka. Kogoś, kto pojawia się nieprzypadkowo. Z dobrym słowem, z gestem wsparcia, z obecnością, która mówi: nie poddawaj się.
Ten ktoś nie musi rozwiązywać problemów. Wystarczy, że jest. Że wysłucha. Że przypomni, że warto iść dalej, choćby bardzo powoli. I wtedy zaczynam rozumieć, że Bóg działa właśnie tak - przez modlitwę i przez ludzi. Przez nadzieję, która rodzi się w największym zwątpieniu.
Dlatego, gdy przychodzi moment, w którym wszystko zachęca do rezygnacji - chcę trwać. Może nie silna.
Może nie pewna. Ale ufna. Bo wiem, że tam, gdzie kończą się moje siły, zaczyna się Boże działanie. A modlitwa,
nawet ta najprostsza, potrafi zapalić światło tam, gdzie wydawało się, że została już tylko ciemność.
Emilia